Poniedziałek.
Dzień Księżyca. Po angielsku Moon-day,
po francusku Lune-di, tylko
po polsku udało się pominąć
księżyc. W Polsce poniedziałek
to tylko dzień po niedzieli.
A szkoda, bo księżyc symbolicznie bardzo pomaga na początku
tygodnia. To symbol refleksji.
W poniedziałek należy bilansować działania z poprzedniego
tygodnia, rewidować straty i zyski, ustalać plan naprawczy.
W poniedziałek powinno się
ustalać plan działania na cały tydzień. Ale jeden dzień to nie
za dużo. Im bardziej precyzyjny
plan, tym lepszy wynik na koniec tygodnia.
Wtorek.
Dzień Marsa.
Po francusku Mars-di. Po angielsku, wbrew pozorom, według lingwistów to samo - Tues-day znaczy dzień Marsa. A
co Mars symbolizuje? Działanie, ostre działanie. Cios zadawany w sedno spraw, ruszenie
z kopyta pełną parą. Mars robi
piorunujące wrażenie. Już nie
ma miejsca na poniedziałkowe
rozważania. Musi się coś dziać.
Naelektryzowani, naładowani
wojennym nastrojem, powinniśmy we wtorek wdać się w wir
walki.
Środa.
Dzień Merkurego.
Po francusku Merc-redi. Po angielsku Wednesday, co zdarza
się napisać „wendsday", ponieważ tak to brzmi dla tępego
Francuza. Merkury jest bogiem
wymiany, zmian i transakcji.
Powtórkowej bitwie następują
negocjacje w czasie przerwy
w połowie tygodnia. Rozliczamy
efekty wtorkowych akcji i szybko zmieniamy to, co się nie
sprawdziło. W środy powinniśmy zająć się intensywnie wymianą pomysłów i zasileniem
nowymi zasobami energii.
Czwartek.
Znów do boju,
ale tym razem sięgniemy nieba.
Bez wahania. To dzień Jupitera.
Po francusku Jeu-di, a po angielsku Thursday, co ma znaczyć
„Jovis day". Jupiter panuje
nad niebem, celem ambitnych.
Już w czwartek osiągamy cel.
Dobrze, bo przed końcem tygodnia. Realizację celów załatwia
się na skróty. Tak powinno być,
kiedy wszystko jest dobrze zaplanowane. Tuż przed czasem,
aby mieć pewność, że zdążymy
przed piątkiem. Wielka sztuka
osiągania celów. Taki powinien
być czwartek.
Piątek.
Co robimy, jeśli już
osiągnęliśmy cel? To dzień We-nus. Po francusku Ven-dredi,
po angielsku Fri-day. Z taką boginią nietrudno sobie wyobrazić, na co możemy ten dzień poświęcić. Trochę śmiałości i...
będziemy się kochać. Tak
powinno być w piątek: czas samozachwytu i celebrowania
wyników. Nie wolno pójść
na weekend nie zabierając ze
sobą satysfakcji z rzetelnie wykonanej roboty. Piątek to luz.
To „love"!
Sobota.
Dzień Saturna,.
Czyli po francusku Sa-medi, a
po angielsku Satur-day. A po
polsku nieszczęśliwie: sobota.
Brzmi tak, aby przypominać o
robocie. I chyba tak powinno
być. Po celebracji, trochę kaca i
spadek nastrojów. Saturn zmienia front. Przypomina nam, że
to tylko tydzień się skończył i że
przez cale życie czekają nas kolejne tygodnie. Sobota trzeba
się oderwać od roboty.
Niedziela
Nie działać, nie
dzielić. Dzień Słońca- Sun-day.
Nic nowego pod Słońcem: tylko
leżeć i odpoczywać. I się modlić.
Przecież modlitwa to praca czy-
stego umysłu. Ora et Labora.
Opublikowane: 2007-05-07 (181 odsłon)